Nie ruszyła się nigdzie z miejsca zbrodni. Z pobladłą twarzą tkwiła tam, gdzie ją zostawiłem i rozszerzonymi z przerażenia oczyma wpatrywała się w leżącą na murawie z pozoru niewinną acz groźną zabawkę. Można było odnieść wrażenie, że to zakrwawione ostre narzędzie działa na nią jak magnes. Kiedy ponownie się przed nią zmaterializowałem, bezradnie przygryzła wargi. Zrobiłem surową minę, najsurowszą, na jaką było mnie stać, ale gniew mi już minął — i musiałem się sporo natrudzić, żeby na jej widok nie zaśmiać w kułak. Co za cholera! Wpływała na mnie rozbrajająco i nie umiałem temu zaradzić.
— Czy sądzisz, że przy mnie można kogoś zabić? — powtórzyłem rzucone wcześniej pytanie. Nie zabrzmiały w nim jednak groźne nuty, jak się spodziewałem. — Twoja siostra będzie żyć — oznajmiłem. — Nic poważnego jej się nie stało. Wróci do zdrowia i to już wkrótce.
Spojrzała w górę — ku wręcz nierzeczywistemu miejscu, w którym umieściłem Agatę, a na jej ślicznej buzi pojawił się wyraz ulgi. Wierzyła, że mówię prawdę. Bezsprzecznie byłem zdolny przywrócić zmarłemu życie, jeśli potrafiłem nieomal jak ptak unosić się w przestworzach, a ponadto porywać tubylców między białe obłoki. Jednak nie oczekiwała, skądinąd trafnie, że jej postępek puszczę płazem. Liczyła się z surowymi sankcjami.
— Co teraz ze mną będzie? — z trwogą szepnęła, usiłując z mej nieprzeniknionej twarzy odczytać wyrok.
Udałem głęboki namysł.
— Dobrze, że o to pytasz — odpowiedziałem. Rzuciłem wzrokiem ponad korony sosen i świerków. — Już wiem — uderzyło mnie. — Myślę, że będzie dla ciebie najlepiej, jeśli sama sobie wybierzesz karę.
Uważnie mnie otaksowała, pojmując, że powoli odzyskuje władzę. Wyczuła moją chwiejność i ustępliwość. Zamiast objawić swą wolę, sędzia zaczynał wdawać się w pertraktacje.
Wzruszyła ze wzgardą ramionami i nieznacznie się skrzywiła. Skoro siostra żyła i miała rychło powrócić do zdrowia, nie musiała się lękać należnych jej batów.
Gwizdnąłem przeciągle, udając olśnienie.
— Wiem, co zrobię — zawołałem. — Pospołu z twoimi ojcami znajdę ci parobka ze wsi na męża. Wydamy cię za niego, będziesz dbać o jego dobytek i rodzić mu dzieci.
Miała dużo wyższe aspiracje. Postąpiła do przodu i sądziłem, że zdzieli mnie zwiniętą piąstką. Nie spodobał się jej ten pomysł, był gorszy od chłosty i złej sławy we wsi. Próbowała się zręcznie bronić.
— Nikt mnie nie zechce, bom zhańbiona!
Roześmiałem się, wielce ubawiony.
— Nie ma obawy, zawsze znajdzie się jakiś kulawy — strzeliłem na chybił trafił. Jak się zaraz okazało, trafiłem w dziesiątkę, był bowiem taki w wiosce.
— Za kulasa nie wyjdę — jęknęła bezradnie. — Nie chcę go.
Byłem uszczęśliwiony, a moja radość sięgała zenitu.
— Ależ tak, kulas, kulas, kulas, idealna partia dla zhańbionej dziewki, pozbawionej cnoty przez przybłędę z miasta. Że też od razu na to nie wpadłem. Będzie weselisko jak się patrzy — z uznaniem klasnąłem w dłonie, przejęty do żywego mym idiotycznym projektem.
Rzuciła się na mnie z piąstkami, waliła mnie nimi po piersi, krzyczała jak dziecko, które zmusza się do czegoś, na co nie ma najmniejszej ochoty.
— Nie, nie, nie. Nie wyjdę za kulasa!
Nie wytrzymałem i trzasnąłem ją znowu w twarz.
Spojrzała na mnie jakoś dziwnie, aż mnie zmroziło, po czym usiadła na murawie, obciągając starannie spódnicę. Ostry szpikulec znalazł się znowu w zasięgu jej ręki. Chwilę milczała, a następnie cicho rzekła:
— Sama wymyśliłam sobie karę. Weź mnie i wykorzystaj, użyj, jak to uczyniłeś w chacie, a potem uśmierć.
Wahałem się nad domniemaną kwestią jej małżeństwa.
— Parobek, nie. Kulas, nie — wyliczałem. — A może w takim razie oddam cię groźnemu smokowi? — znalazłem alternatywne rozwiązanie.
Nie wierzyła w takie bujdy. Jeżeli nie przerażały jej wilki, a nawet wilkołak, który ponoć krążył po lasach, to dlaczego miałaby się bać nierealnego stwora?
O dziwo, przewrotnie się zgodziła.
— To oddaj mnie smokowi! — powiedziała.
Zatarłem ręce, a w mych oczach pojawiły się wesołe błyski. Czułem, że zapowiada się świetna zabawa. Robiłem za swata.
— No, wspaniale. Umowa stoi. Sama wybrałaś, więc nie miej potem do mnie pretensji. Chciałaś za męża smoka, tedy ten ci przypadnie w udziale. Ha, ha, jaszczur. Wobec tego do dzieła! Przywołamy tu narzeczonego — rzuciłem, zadzierając łeb do góry.
Pojęła, że to nie przelewki. Za gorliwie się do tego zabierałem, bym miał tylko żartować.
— Nie, nie chcę smoka — rzekła z lękiem. Czuła, że czegoś nie uwzględniła w swych kalkulacjach. — Od razu mnie zadźgaj!
Podszedłem do windy grawitacyjnej. Miałem zamiar na poczekaniu zaprojektować smoka, ale wywnioskowałem, że za długo by to trwało — więc ostatecznie zleciłem to zadanie komputerowi.
— Dawaj tu smoka, mój nadworny magiku! — zakrzyknąłem z podnieceniem.
Utajony między obłokami i niedostępny śmiertelnikom sekretny świat z nagła ożył, objawiając swoją nieziemską moc. Zapadła ciemność, błysnęło, zagrzmiało, spadła oblepiająca trawy wilgocią brudna mgła, a z jej wnętrza wynurzył się ziejący ogniem wstrętny pysk z wijącym się jęzorem. Byłbym potwornie przerażony i z trwogą padłbym na twarz, by oddać hołd żywiołom tej planety, gdybym nie rozumiał tego, co się tu naprawdę działo. Oto jak się ujawniały możliwości seansu wirtualnego. Kino jak się patrzy.
Mgła ociupinkę ustąpiła i oboje ujrzeliśmy w pełnej okazałości cudacznego stwora. Wierzcie mi, sam bym bardziej zwariowanego nie wymyślił — i przyznam szczerze, że wolałbym go nikomu nie opisywać, gdyż musiałbym rumienić się przy tym ze wstydu. Mój iluzjonista wykreował pokrytą wstrętnym śluzem bestię o wyolbrzymionych cechach seksualnych. Wystający i napięty jak struna ogromny dygocący penis wydawał się gorączkowo szukać miejsca, w które mógłby się wbić, by znaleźć ulgę. Stwór był chodzącym narzędziem gwałtu i do niczego innego się nie nadawał.
Spojrzałem na dziewkę. Myślałem że da nogi za pas, uciekając, gdzie pieprz rośnie, ale tego nie zrobiła. Zamurowało ją. Stała jak sparaliżowana i cała drżała.
Ulegając nastrojowi chwili, szepnąłem łamiącym się głosem:
— Widzisz? Oto smok. Chce ciebie i będzie cię mieć. Na zawsze. Zobacz, jaki ma na ciebie apetyt i jak bardzo cię pragnie.
Bestia niespiesznie się zbliżała, cała uwagę skupiając na Katarzynie, a jej intencje były aż nadto czytelne.
— Nieee! — dziewczyna wrzasnęła w niebogłosy, wreszcie pojmując, co się święci. Usiłowała skryć się za moimi plecami, ale przezornie odskoczyłem, nie chcąc wchodzić chimerze w drogę. Upadła i rozpaczliwie uchwyciła się moich nóg, paznokciami rozdzierając mi skórę. Żadna siła nie była w stanie oderwać jej ode mnie. — Nieee — darła się jak opętana. — Nie!
Lubieżny potwór brał ją w posiadanie. Chwilę się szarpała, czując na sobie mokre macki, obleśnie wślizgujące się pod spódnicę i bluzkę, a potem puściła mnie i zwiotczała.
— Biedaczka zemdlała — usłyszałem w uchu głos komputera. — Nie zniosła tej próby. To granice jej wytrzymałości psychicznej — próbował wbić mi do głowy, biorąc wyrodną siostrę w obronę. — A tym samym została dotkliwie ukarana. Już jej wystarczy.
Ramiona bezsilnie mi opadły. Smok znieruchomiał, cofnął się, rezygnując z łatwej zdobyczy, a potem rozpłynął się w powietrzu bez śladu. Nad polaną świeciło złote słońce. Odzywały się leśne ptaki. Między kwiatami krążyły motyle, trzmiele, osy i pszczoły.
— To co, do diaska, mam z nią zrobić? — zazgrzytałem zębami. — Doprowadza mnie do szału.
Pochyliłem się nad nieprzytomną młódką i ostrożnie poklepałem ją po policzkach, usiłując ją docucić. Powoli wracały jej na twarz rumieńce.
Komputer nie miał kłopotu z udzieleniem mi odpowiedzi.
— Pozwól jej tu przychodzić, kiedy tylko zechce. Bo o to niebożątku chodzi — wredny typ rozczulał się nad Kaśką jakby ją wydał na świat i wyniańczył. — A potem... — głos w uchu na chwilę się zawahał.
— A potem? — podejrzliwie zapytałem, przeczuwając, że drań wróci do tematu, który wcześniej zaczął drążyć. Nie omyliłem się.
— Potem możesz postarać się dla niej o królestwo — mąciła mi w głowie maszyna. — Nie, nie tu, raczej w sąsiednim układzie solarnym, o kilka lat świetlnych stąd. Jest tam piękna, tętniąca życiem planeta, w sam raz do zagospodarowania.
— Gadasz od rzeczy — obruszyłem się. — A na cholerę mi inny układ słoneczny?
Katarzyna wreszcie się ocknęła. Otworzyła oczy i zatrzepotała powiekami. Uniosła się na łokciu, niepewnie rozglądając się po sielskiej polanie. Ujrzała nad sobą moją zatroskaną twarz, a na jej obliczu zagościł blady uśmiech. Ufnie ogarnęła mnie ramionami.
— Nie jesteś strasznym smokiem, Antoni — z ulgą wyszeptała, wieszając mi się na szyi. Z wdziękiem mnie ucałowała, a potem chwilę milczała, usilnie nad czymś medytując. Wreszcie ni stąd ni zowąd zapytała ze słodyczą w głosie: — Czy możesz mi, kochany, sprawić taką suknię jak Agacie?
Już wiedziałem, co mnie w niej niepokoiło. Była bardziej porąbana niż ja.