Pokrzepiony pierwszymi sukcesami na polu walki, z dzikim okrucieństwem w oczach zawróciłem przez bramkę do stodoły. Rozsadzała mnie wściekłość. Znieważono mnie i czułem, że mam prawo do krwawej zemsty. Nie dostrzegłem już tam Agaty, więc przeszył moje serce bolesny skurcz. Ze złością skoczyłem na drugą stronę, nie pozwalając zaprzeć wrót. Popędzana przez ojca wchodziła do ogródka, przygarbiona, zrezygnowana i przegrana. Od tej pamiętnej nocy miała być zakałą wioski — personą, którą przy akompaniamencie szyderczego śmiechu urągliwie wytyka się palcami. Brzmiał mi w uszach ten śmiech. Dwaj parobcy, którzy oglądali się za pohańbioną dziewką i drwiąco rechotali przy wrotach, legli na ziemi, skręcając się z bólu. Moje pięści znowu poszły w ruch. Wyrwałem jednemu z nich z rąk kawał łańcucha, wywijając nim groźnie w powietrzu. Trzej inni w te pędy czmychnęli za róg stodoły, nie paląc się do bitki.
Oczyściwszy sobie teren, udałem się za poganianą przez starego bezbronną anielską istotą. Opadły mnie złe myśli. Oczyma wyobraźni ujrzałem jego ociekającą krwią łepetynę, sterczącą jak garniec na sztachecie płotu. Pokładowy komputer wreszcie się odezwał, bo do tej pory milczał jak zaklęty.
— Wejście do domostwa ryzykowne — szeptał mi w uchu cichy głos. — Nadużyłeś gościnności. Jesteś intruzem i natrętem, który zakpił sobie ze szczodrobliwości gospodarzy. Nie doceniłeś ich gestów. Z punktu widzenia tutejszej moralności, ukaranie ciebie jest najświętszym obowiązkiem tubylczej społeczności...
Nie miałem nastroju do wysłuchiwania jałowych pouczeń — tym bardziej, że były mocno spóźnione. To nie ja, lecz pokładowy doradca wpadł na kretyński pomysł, żebym zanocował w stodole, aby odbyć gody z Agatą. Sam zrobiłbym to zupełnie inaczej.
— Dobrze wiesz, gdzie mam tutejsze prawa i obyczaje — warknąłem przez zaciśnięte zęby, szarpiąc ręką sztachetę płotu. Skumulowana agresja szukała ujścia i nabrałem nagle ochoty, by zostawić tę chałupę, w te pędy zawrócić do krążownika i rozbić cepem pieprzącego androny psubrata.
Bezzwłocznie się dostosował. Cóż, był maszyną i miał szybki refleks. Okazał się skory do pomocy i usłyszałem w uchu usłużną podpowiedź:
— Użyj środka usypiającego!..
Zamarłem z wrażenia, po chwili namysłu godząc się z tą sugestią. Bacznie zlustrowałem otoczenie. Tamci lizali rany i od strony wioski póki co nikt mi nie zagrażał.
— To jest myśl — prychnąłem. — Chyba tak odrobię tę lekcję. Nic na łapu-capu. Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłem.
Obejrzałem z lekka zabrudzone dłonie, z uwagą lustrując ukryte pod paznokciami ledwo widoczne wyloty. Poturbowanych było już dość na polu walki, mogłem zatem odwołać się do bardziej humanitarnych metod. Poprawiło mi się samopoczucie. Dotarło wreszcie do mnie, że w pełni panuję nad rozwojem sytuacji.
— Co mi tam tubylcza wiocha — ponuro się żachnąłem. — To ja w tej dziurze dyktuję warunki. I żadna gadzina mi nie podskoczy.
Jednym susem pokonałem płot, leniwym krokiem dochodząc do skrzypiących drzwi chaty. Stary Agaty zawrócił na próg i z cynicznym uśmieszkiem na ustach zastąpił mi drogę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim się mierzy i nie miał zielonego pojęcia o mojej mocy. Nie skróciłem go o głowę, jak wcześniej w złości zamierzałem. Odrzuciłem precz łańcuch i znienacka syknąłem mu w nos gazem. Nogi mu raptem zmiękły, oniemiał ze zdumienia i z błazeńskim wyrazem twarzy osunął się do moich stóp, jakby rozpaczliwie błagał o przebaczenie.
Ze wzgardą go odsunąłem, gdyż tarasował mi przejście. Ten bastion był już zdobyty. Przez krótką chwilę szukałem w nim podobieństwa do Agaty, ale go nie znalazłem. Wszedłem do sieni, a następnie do skrytej w półmroku kuchni.
— Pochwalony! — rzekłem i zaraz ugryzłem się w język. W zaistniałych okolicznościach to uświęcone tradycją powitanie nie miało sensu i zabrzmiało urągliwie. Nikt mi zresztą nie raczył odpowiedzieć.
Świadoma nadchodzącej kary za podły występek siostrunia Agaty usiłowała lękliwie skryć się przede mną pod założonym piernatami łóżkiem. Wystawały tylko jej łydki i stopy. Uśmiechnąłem się w duchu, skoczyłem tam za nią i złapałem ją za kostki. Wiła się jak piskorz. Z trudem ją wyciągnąłem, podciągając mimochodem spódnicę, a tym samym wystawiając na publiczny widok jej skarby. Szarżowała jak kogucik liliputek. Dostała ataku histerii, bo zdesperowana przyskoczyła do pieca i złapała żeliwne żelazko, próbując zdzielić mnie nim w łeb. Wydarłem jej z rąk tę przyciężkawą zabawkę. Nie pomogło. Z przeraźliwym piskiem puściła się po gar z wrzątkiem, aby mi chlusnąć w oczy. Byłem od niej szybszy. Porwałem ją w pół, obróciłem i przygiąłem do ziemi, wiążąc ją między udami jak w imadle i wykręcając ręce.
— Nie rzucaj się, pajacyku, przecież mi nie poradzisz! — żachnąłem się poirytowany.
Zwiotczała i poddała się, gdy poczuła moją siłę. Zaryzykowałem i ją puściłem. Z nadąsaną miną poprawiła odzienie. Przytrzymałem ją za ramię, kładąc znacząco palec na ustach. Kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że będzie cicho. Stanęła kornie przy drzwiach do komory, a potem potulnie przysiadła na łóżku. Skierowałem w jej stronę dłoń, chcąc ją uśpić, aby mi nie przeszkadzała, gdy będę zajmować się Agatą, ale znowu się wtrącił przemądrzały komputer.
— Nauczyłbym ją moresu — wymamrotał. Mimo chłodnego tonu zabrzmiały w jego głosie nutki oburzenia. Nie tylko mnie, ale i jemu ta mała pomieszała szyki. Przecież gdyby nie ona, wszystko poszłoby gładko.
Przez krótką chwilę stałem jak zblazowany, nie wiedząc, co począć. Jak można zajść za skórę dzierlatce, której wdzięczne samicze kształty jeszcze się w pełni nie zarysowały? Przyszła mi raptem do głowy diabelska myśl. Powinienem był wymierzyć jej chłostę, ale od bolesnych razów dużo dotkliwsza mogła być zupełnie inna kara. Jednym ruchem zdarłem z niej koszulę, odsłaniając rozkwitające piersi. O dziwo, młode pisklę się nie broniło, dziewka w lot pojęła me intencje, a ku memu osłupieniu sama zaczęła się dalej rozdziewać. Zrzuciła spódnicę i odsłoniła przede mną gładkie ciało. Opuściłem ją, ostrożnie zaglądając do sąsiedniej izby. Stara matka przysiadła na brzegu małżeńskiego łoża, pochylając się nad cierpiącą Agatą. Współczuła córce, ale nie mogła jej pomóc, bo tutejsze surowe prawo nie dopuszczało miłosierdzia. Przeżyły straszliwe upokorzenie i nie zwróciły na mnie uwagi, przejęte bólem, który stał się ich udziałem. Uśpiłem je gazem i rzuciłem na łoże włączony automat medyczny. Wiedziałem, że gdy moja luba się obudzi, nie ujrzy już na swym ciele śladów bykowca.
Wróciłem do kuchni, podejrzliwie przyglądając się młodszej, która nad wyraz śmiało sobie poczynała. Półmrok się pogłębił. Zaparła drzwi drzewcem od siekiery i spuściła żółte zasłonki na kuchenne okno. Tak bardzo chciała zostać ukarana?
— Jak masz na imię? — zapytałem, biorąc to ludzkie pisklę w objęcia. Zdarłem z łóżka pierzynę, rzucając ją na polepę. Chętna dziewczyna legła pode mną i dostała, czego chciała. Oddawała mi się w milczeniu, z lekka przygryzając wargi. Dotykała mojej twarzy, głęboko oddychała i dopiero w ostatniej chwili, gdy ekstaza sięgała szczytu, a jej ciało wygięło się w łuk, wyrwał się z jej gardła krótki jęk rozkoszy.
Kazałem jej założyć koszulę i spódnicę. Zlustrowałem ją uważniej i przeszył mnie chłód. Odniosłem wrażenie, że pakuję się w coś, co skończy się dla mnie tragicznie. Odziewała się spokojniutko i bez pośpiechu — jakby to, do czego właśnie doszło, było najzupełniej na miejscu i odpowiadało jej skrytym planom. Blado uśmiechnęła się do mnie, czyniąc to po raz pierwszy, a w jej oczach dostrzegłem weselsze błyski. Próbowałem odwzajemnić uśmiech, lecz mi to nie wyszło. Dopadło mnie wreszcie olśnienie. Jeżeli zamierzałem jej zajść za skórę, to dokumentnie rozminąłem się z celem. Uzmysłowiłem sobie, co mi rzekła Agata. Jej siostra była naocznym świadkiem niepokojącej lekcji na sianie i widocznie zapragnęła podobnej. A może chodziło jej o coś zupełnie innego?
— No, więc jak masz na imię? — znowu zapytałem. Czułem potrzebę bliższego poznania tej młodej, zaskakującej mnie istoty. Jakaś lękliwsza część mojego ja kazała widzieć w niej złośliwego demona i mieć się na baczności.
— Katarzyna — zaświergotała. — Wołają na mnie Kaśka.
Przyglądałem się, jak zapina rogowe guziczki przy rękawach koszuli i zaciąga parciany pasek przy długiej spódnicy. Niespodzianie przyszło mi do głowy, że powinienem wkrótce powtórzyć z nią ten numer, ale odepchnąłem od siebie tę myśl jako niedorzeczną. A jeśli to były jakieś tutejsze czary? Doświadczony glotrymeński wojownik radził sobie z wieloma przeszkodami, ale wobec magii był bezsilny.
— A ile masz lat? — rzuciłem kolejne pytanie.
Poprawiła włosy. Miała je krótsze niż starsza siostra i nieco ciemniejsze. Wzięła do ręki metalowy grzebień i zaczęła je czesać.
— Piętnaście — odrzekła, nieco przy tym się rumieniąc. Wstydziła się swego młodego wieku, albo co gorsza jeszcze tyle nie miała, ile sobie przypisała.
Zrobiło mi się jej żal. Nie chciałem dzielić łoża z więcej niż jedną tubylczą kobietą, przewidując, że może to pociągnąć za sobą rozliczne komplikacje. Jak mi zdradził pokładowy doradca, w tym regionie planety nie tolerowano wielożeństwa i srodze za nie karano. Było dopuszczalne w innych jej stronach.
— Wrócę po ciebie — mimo to szepnąłem obiecująco. — Tylko: cicho, sza! — przyłożyłem palec do ust. — Nikomu ani słowa.
Nie wiem, czy mi uwierzyła. Chyba nie, gdyż nie okazała szczególnej radości. Stanęła zamyślona przy kuchennym piecu, zaglądając do garnka, w którym bulgotała tubylcza strawa i pokazując mi plecy.
Wykradłem z domostwa uśpioną Agatę. Wziąłem ją na ręce, z rozczuleniem wpatrując się w jej pobladłą twarz. Ślady po razach powoli nikły. Wytargałem się z nią przed chałupę, którą w myślach pożegnałem raz na zawsze: nie było tu miejsca dla mojej ukochanej — ani w zagrodzie, w której urodziła się i wyrosła, ani w wiosce, w której zyskała opinię rozpustnicy. Włączyłem grawitrony i pognałem ze świstem w stronę lasu, unosząc się nad łąkami i trącając korony samotnych drzew. Niebawem dotarłem do krążownika, a winda grawitacyjna wniosła mnie na górę. Ściągnięty tu żywy skarb troskliwie ułożyłem w hibernatorze.
— Zrobione — szczeknąłem.
Komputer ją pooglądał i zawyrokował, że nic jej nie jest. Obrażenia okazały powierzchowne. Sterczałem nad nią roztrzęsiony, aż wreszcie pojąłem, że w następnej kolejności muszę zająć się sobą, jeśli chcę wrócić do stanu równowagi, z którego wytrącił mnie natłok nieprzewidzianych zdarzeń. Nie czułem ulgi i ścinały mnie z nóg rozdygotane nerwy. Posłużyłem się pokładowym korelatorem psychiki. Sięgnąłem po to urządzenie pierwszy raz, bo nie miałem za grosz zaufania do tych zwariowanych aoriańskich wynalazków. Mieszały w głowie. Jednak dobrą godzinę trwało, nim wrócił do mnie upragniony spokój i nim zaczęły krążyć nade mną trzeźwe myśli.
Wpatrując się w słodkie oblicze śpiącej Agaty, oddawałem się gorzkim medytacjom nad nieprzewidywalnym losem, a przy tym co rusz łypałem wzrokiem na bez przerwy trudzący się komputer. Ruszyło mnie sumienie. Maszyna tyrała jak mogła, na okrągło gromadziła i przetwarzała dane, a szło jej przy tym całkiem nieźle. No, ale w tak krótkim czasie nie mogła przebrnąć przez wszystko i opracować niezawodnej strategii.
— Dałem plamę! — zawyrokowałem.
Decydując się raptem na związek z tutejszą kobietą i wdając się znienacka w bójkę z wieśniakami, zaangażowałem się w tutejsze sprawy tak głęboko, że w efekcie drogi mi dotąd obraz Daorii zaczynał zatrważająco tracić barwy, gasnąć i rozmazywać mi się przed oczyma. Tarłem w zamyśleniu czoło, nie wiedząc, czy dobrze postąpiłem, przedwcześnie ujawniając się na obcym globie i ingerując w jego prawa.
— Za bardzo się pospieszyłem — pisnąłem.
Nie tak przecież powinien był wyglądać pierwszy kontakt z nowo poznaną cywilizacją. Pocieszało mnie jedynie to, że nie przybłąkałem się w te strony kosmosu jako oficjalny reprezentant stojącej wyżej na drabinie ewolucji rasy, ale jako wygnaniec, bezwzględny złoczyńca i okrutny przestępca. Byłem porąbany i od dzieciństwa miałem nierówno pod dachem. I nic już nie mogło tego zmienić.
Agata niespokojnie się poruszyła, wymamrotała coś przez sen, ale nie uchyliła powiek. Szeroko ziewnąłem, dochodząc do wniosku, że i mnie należy się wypoczynek. Maszyna wykreowała dla mnie dostosowane do mych kształtów prowizoryczne łoże i wygodnie się na nim ułożyłem. Jednakże upragnione ukojenie nie nadchodziło. Zdecydowałem się więc na włóczęgę po okolicy i zjechałem windą na dół, by zająć się cichym podglądaniem boru. Szczególnie mnie intrygowały kryjące się w koronach drzew ptaki. Odgłosy lasu dowodziły, że rozległa knieja tętni życiem i wykoncypowałem, że jest ona dla mnie nie mniejszym wyzwaniem niż durnowaci tubylcy. Wytropiłem dwie sarny, potem lisa, wreszcie trafiłem na niedźwiedzia, wybierającego miód z opuszczonej barci. Dalej ciągnęły się mokradła i ujrzałem kilka bocianów, polujących na ryby i żaby. Nie zapuszczałem się jednak w tamtą stronę, nie chcąc nadmiernie zbliżać się do upiornej wioski. Wyczuwałem płynące z niej groźne impulsy.