Obudziłem się z wrażeniem, że bardzo długo przebywałem duchem gdzieś daleko i że teraz na powrót łączę się z moim drętwym jak kołek ciałem. Ledwo mogłem poruszać okrytymi chityną kończynami. To nie były przyjemne odczucia, ale i nie aż tak upiorne jak się spodziewałem. A tak mnie straszono przed odlotem. Znałem powód, dla którego bezduszna maszyna wyrwała mnie ze snu. Można to było wyrazić jednym prościutkim zdaniem: nadchodziło przeznaczenie. Nic dodać, nic ująć. Z trudem wydostałem się z cicho szumiącego hibernatora. Gościłem w przerażająco obcym układzie solarnym, a szczerząca do mnie kły zagadkowa planeta nieśpiesznie rosła na ekranach. Orbitowała wokół żółtawej gwiazdy wraz z ośmioma innymi zagubionymi w przestrzeni globami, nie licząc pasma asteroidów. Była piąta co do wielkości, a wyraźnie różniła się od pozostałych. Należała do unikalnych ze względu na bogatą w tlen i azot atmosferę oraz niewyobrażalne ogromy wody. Spowijała się wstydliwie w kłęby białych chmur i wydawała się być pokryta wyłącznie błękitnymi oceanami. Miejscami przezierały jednak kuszące lądy, tworzące około jednej czwartej jej powierzchni. Silnie kontrastowała z czernią usianego kobiercami gwiazd nieba. Dostałem się do pokładowego komputera, usiłując czegoś więcej się o niej dowiedzieć. Ten już od dłuższego czasu beznamiętnie ją badał, gromadząc dane i wyciągając wnioski. Oceniał jej wiek na około pięć miliardów aoriańskich lat. Pod cienką skorupą i gorącym płaszczem krył się złożony z żelaza, niklu i krzemu zwarty rdzeń o bardzo wysokiej temperaturze. Trzymała na grawitacyjnej uwięzi naturalnego satelitę, tego jednak skalistego i bez atmosfery.
Oglądając ją na fluoryzujących ekranach, to z cicha zżymałem się, po glotrymeńsku cmokając i starając się utrzymać na wodzy rozszalałe po przebudzeniu nerwy, to znowu gwizdałem przez szczeliny węchowe, ciesząc się jak młokos. Inni nie mieli takiego szczęścia. Komputer leczył mnie jednak ze złudzeń. Byłem bardzo daleko od bliskich memu sercu planet. Rzuciło mnie w jedno ze spiralnych ramion macierzystej Galaktyki na jej odległe peryferia. Żaden z Aorian nie wsadziłby tu nosa, chyba, że z kretesem postradałby zmysły. Dziwiło mnie, że w takiej pustce pojawiło się życie. Niezgorzej zniosłem trwającą całe wieki hibernację, a moja tułaczka dobiegała końca. W niedorzecznej loterii, w której byłem zmuszony wziąć udział, wodzony za nos przez rogatego demiurga z eonu ciemności, nieoczekiwanie trafiła mi się główna wygrana. Los potrafi płatać figle!
Rzadko kiedy zesłańcom, wyrzuconym wbrew ich woli ku obrzeżom Galaktyki i budzącym się ze stanu przymusowego uśpienia dopiero wtedy, kiedy kończyło się paliwo, udawało się znaleźć przyjazny skrawek gruntu, na którym mogliby z ulgą postawić stopę. Szukali go rozpaczliwie, ale z reguły na próżno. Najczęściej z przerażeniem oglądali bezbrzeżne mroźne pustki, a od najbliższych układów solarnych dzieliło ich wiele lat świetlnych. Nie mieli więc wyboru. Pozbawiony zapasu paliwa i zasilania krążownik stawał się zamarzającym wrakiem, uniemożliwiającym przetrwanie. Jedynym rozwiązaniem, branym pod uwagę przez rozbitków od początku pechowej podróży było więc samobójcze polecenie anihilacji. Szybka eksplozja, krótki jak mgnienie rozbłysk światła i po skazańcu nie zostawał żaden ślad. Zimna i mroczna pustka stawała się jego grobem. Nikt im jednak nie współczuł. W ten okrutny i wyrafinowany sposób karano tylko najbardziej zdegenerowanych Aorian i mieszkańców innych planet układu. Zesłanie w kosmos orzekano za wyjątkowo ciężkie zbrodnie. Niestety, sam do takich zwyrodnialców należałem.
Snuła mi się po głowie niejasna myśl, że mimo wszystko górowałem nad innymi skazańcami imperium. Miałem niewiarygodne szczęście. Nie dałem się złamać psychicznie, nie chyliłem karku przed oprawcami, a jako stary spryciarz zdobyłem się na maksimum inwencji, przemycając przez labirynt więzienny w Oro mały zestaw afilogenny — rodzaj przetwornika, umożliwiającego uzupełnienie paliwa. Kto wszedł w posiadanie tego ostatniego krzyku mody aoriańskiej techniki, stawał się w kosmosie panem sytuacji. Udało mi się wykpić strażników — i mogłem teraz śmiać się w duchu z ferujących wyroki ohydnych sędziów z Aorii oraz ze sprawujących rządy wrednych autokratów. Ci ostatni uważali siebie za zbawców, jednak tacy jak ja byli zdania, iż są tylko niewartymi splunięcia renegatami. Idea przyspieszonego rozwoju, do której z fałszywą dumą się odwoływali, wymagała rezygnacji z wielu szlachetnych przywilejów, utrwalonych od stuleci na naszych planetach, zwłaszcza na Eaorii i Daorii, a w tym z polowań na elaoploriony. Wspomniany przywilej utraciła glotrymeńska rasa, którą z dumą reprezentowałem. Pomyślałem z tęsknotą o mych pobratymcach, którym zakazano myśliwskich wypraw na drugą planetę Archei, Faorię. Zapewne ocalili mnie w pamięci jako prawdziwego bohatera, który odważnie przeciwstawił się zasadom dwunastej księgi prawa uniwersalnego, by dochować wierności kodeksowi moralnemu przodków. Poleciałem na Faorię, skrupulatnie omijając wyznaczone szlaki komunikacyjne i dokonałem prawdziwego spustoszenia, wyrzynając ogromne stada elaoplorionów. Za to mnie wyklęto. Autokraci z Aorii wylewali łzy w całym układzie słonecznym, wszędzie się żaląc, że poważnie przetrzebiłem pozostający pod ochroną gatunek, który miał się wkrótce stać zalążkiem nowej rasy rozumnej. Nazwano mnie największym przestępcą stulecia. Nie zasługiwałem na łaskę i wybaczenie. Nim mnie zatrzaśnięto we wnętrzu wahadłowca i uśpiono, przeszedłem przez prawdziwe piekło, a jego pamięć sprawiała, że jeszcze teraz moim pokrytym chitynowym płaszczem ciałem targały dreszcze.
Komputer dzielił się ze mną wiedzą o planecie, na której wkrótce miałem się znaleźć. Wyznaczał hipotetyczne miejsca lądowania. Poleciało multum sond, które systematycznie przekazywały szczegółowe informacje. Zarysy kontynentów stawały się czytelniejsze, a lądy, góry, równiny i jeziora coraz wyraźniej przezierały zza kłębowisk chmur. Usadowiłem się na orbicie stacjonarnej i zacząłem się intensywnie uczyć. Zamieszkiwały ten glob istoty rozumne, jednak osiągnięty przez nie poziom rozwoju technologicznego nie był wysoki i kojarzył mi się z epoką preancefalną na Daorii. Trudziłem się, ale tylko do czasu. Nie było sensu dłużej czekać.
— Priorytet długofalowy: pełna adaptacja i porozumienie z tubylcami! — rzuciłem w pewnej chwili do komputera jak żółtodziób, wkraczający bez specjalistycznego treningu do bujnej dżungli na Baorii, najbliższej Archei planecie, gdzie królowały drapieżne mięsożerne rośliny, z łatwością przemieszczające się po bagnistym podłożu. Szarpnąłem się na to, jednak przestraszyłem się nie na żarty. Wiedziałem bowiem aż nadto dobrze, co taka komenda znaczy. Wiązała się ona — między innymi — z utratą solidnego, masywnego ciała glotrymeńskiego wojownika. Ale cóż, byłem w gorącej nurii kąpany i wszystkie ważne decyzje podejmowałem bez namysłu, nie zastanawiając się chronicznie nad ich skutkami. To było zawsze ode mnie silniejsze.